Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jim. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jim. Pokaż wszystkie posty

7 sierpnia 2023

Jim [ epilog ]



NASZE SZCZĘŚCIE

Opadam na kafelkową podłogę. Czuje chłód każdej z nich. Moje ciało drży. W oczach mam łzy, które są mieszaniną szczęścia, bólu i niepewności. Wplata się w nie też strach i lęk, który niemą obietnicą niepowodzenia, rujnuje mój dotychczas wypracowany światopogląd.

Muszę od dzisiaj zmienić wszystko. Twoje, swoje i jego życie. Muszę wybrać, między tym co słuszne, a tym co dobre. Lecz czy słuszność też nie jest dobra? Czy poświęcenie się z miłości nie może zostać nazwane dobrem?

Dotykam brzucha. Jest taki niewielki. Oczami wyobraźni widzę jego przyszłość, w której jestem ja i on. Bez ciebie. Bez płaczu i pretensji. Bez burzliwych relacji i toksycznych związków. Obiecuję, że nie pozwolę, aby ktokolwiek mógł skrzywdzić naszego syna.

— Jungmi! — słyszę twój głos zza drzwi.

Nim zdążę odpowiedzieć, wkraczasz do pomieszczenia. Patrzysz na mnie, a później na leżący obok test. Otwierasz szeroko oczy ze zdumienia.

— Czy to…?

Kiwam głową. Nie wiem, co mam powiedzieć. W końcu zaraz macie zadebiutować, a ja jestem w ciąży. Szybko podbiegasz do mnie, nawet nie zwracając uwagi, że do mieszkania wchodzą inni, wszyscy Bangtani.

Porywasz mnie w ramiona. Całujesz usta, czoło, nos i policzki. Wręcz krzyczysz ze szczęścia, przekonując, że kochasz mnie i wszystko będzie dobrze.

— Jimin — szeptam, próbując odzyskać oddech.

— To najpiękniejszy z prezentów, jakie mogłem dostać — odpowiadasz.

Ponownie łączysz nasze wargi. A później kładziesz rękę na brzuch, który na przestrzeni najbliższych miesięcy się znacznie zmieni. Patrzę to na ciebie, to na stojących w progu pozostałych członków BTS. Zawsze marzyłam o rodzinie, a nasza była wyjątkowo pokręcona.

Czy Jim będzie żyć szczęśliwie, mając świadomość, że ojciec ciągle będzie w trasie? Czy uda mi się ochronić jego prywatność i czy nie zapomnisz o nas kilka tysięcy kilometrów za oceanem w Stanach? Wyczuwasz moje obawy, więc ponownie całujesz czoło i szeptasz te kilka słów, które niczym pocisk sprawią, że moje serce się zapada:

— Będziemy zawsze razem, nieważne jak daleko. Nasze uczucie jest silne, a taka miłość zdarza się tylko raz w życiu. Więc nie martw się Jungmi na zapas, ponieważ jesteś dla mnie najważniejsza. Nigdy to się nie zmieni.

I czuję twoje usta na swoich. Dłonią gładzisz brzuch, śmiejąc się z podtekstów Kookiego. Zaczynasz płakać, słysząc słowa gratulacji od Namjoona, a potem ponownie łączysz nasze usta, dając mi pewność, że nigdy nie przejdę przez to sama.


KONIEC




Od K: Ciężko mi skończyć coś, co przez ten czas było zagadką, sprawiło niekiedy problemy, ale zaczęłam żyć tą historią. Do samego końca zastanawiałam się, co powinnam zrobić, choć z początku nie zakładałam takiego epilogu. Znaczy, chciałam zrobić powtórkę prologu, lecz nie byłam pewna, czy dać drugie dziecko, czy… No właśnie. Wydaje mi się, że alternatywna odpowiedź początku historii mogłaby być najlepszym jej zakończeniem. Też tak uważacie?


Chciałam podziękować Chingyu, za każde słowo otuchy i cierpliwość do mnie. Wiedz, że miałam w Tobie wsparcie i doceniam naszą współpracę na różnych płaszczyznach. Życzę każdemu, abyście znaleźli taką comfort person, jaką dla mnie jest właśnie Chingyu.  


D Z I Ę K U J Ę 


5 sierpnia 2023

Jim [ 7 ]

 

UCZUCIA

Pogoda na zewnątrz przywitała nas silnym wiatrem i podmuchem. Próbowałam nic nie zdradzić, że może jakoś być mi zimno. Z drugiej strony nie miałam czasu na narzekanie. Liczył się tylko nasz syn, który w napadzie gniewu i emocji, wybiegł i rozpłynął się w powietrzu.

— Gdzie mógł pobiec? — zapytałeś.

Naprawdę nie wiedziałam, co siedziało w jego głowie. W tamtym momencie. Doskonale zdawałam sobie natomiast sprawę, że Jim jest pochłonięty przez złość i ból. Poza tym, emocje nim targają, a wtedy nikt nie myśli racjonalnie.

— Naprawdę, nie mam pojęcia — wyszeptałam zawstydzona.

Czułam się żałośnie. Jak mogłam nie znać naszego syna? Dlaczego nie potrafiłam przewidzieć, gdzie się udał? Co ze mnie za matka?

— Musimy go odnaleźć — zarządziłeś.

Pokiwałam głową na znak akceptacji.

— Tędy — wskazałeś dłonią na południe. — Lubię ten kierunek.

Uśmiechnęłam się dyskretnie. Zawsze tak mówiłeś, kiedy nie mieliśmy pojęcia, w którą stronę pójść. Był to twój nawyk, ale zawsze skutkował wydostaniem się w określone miejsce, które już kiedyś odwiedzaliśmy.

Zaczynało się chmurzyć. Miałam nadzieję, że Jim pojawi się szybciej, niż mogło to nadejść. Martwiłam się o naszego syna. Nie wiedziałam, gdzie jest, ani jak daleko uciekł. Chciałam, by wszystko było okej, choć czułam, że to tylko pobożne życzenia. Patrzyłam na ciebie, na twarzy pojawiła się obawa. Naprawdę zależało ci na naszym synu. Choć dopiero niedawno dowiedziałeś się, o jego istnieniu.

— Czy są miejsca, które były dla niego bezpieczne? — zapytałeś, biegnąc obok.

— Sala taekwondo jest zamknięta — powiedziałam.

Nie wiedziałam, jak daleko oddalił się Jim. Byłam pełna nadziei, że wszystko będzie dobrze. Że zaraz się obudzę, a nasz syn zje owsiankę i założy tornister na plecy, aby wsiąść do samochodu.

Pogoda psuła się z każdą minutą. Niebo było już zasłonięte szarymi chmurami, z których momentalnie zaczął padać deszcz. Byliśmy przemoczeni i zmęczeni. Nie odzywaliśmy się od kilku dobrych minut, tylko po omacku kierowaliśmy się na drugi koniec miasta.

Przeszedł mnie dreszcz, gdy zerwał się wiatr. Było tak cholernie zimno, a unosząca się wszędzie wilgoć potęgowało to uczucie. Poczułam, jak zakładasz kurtkę na moje barki. Nie zdążyłam powiedzieć dziękuję, gdy odezwałeś się, przerywając milczenie.

— Dlaczego mi nie powiedziałaś?

Zwiesiłam głowę, nie mogąc patrzeć na ciebie. Ponieważ kolejny raz bym się rozkleiła, pękła na pół i spadła w nicość.

— Tak jak mówiłam wcześniej, mieliście zadebiutować.

Czułam, jak mój głos się łamie. Nie potrafiłam dłużej być spokojna. To wszystko było cholernie przykre i dołujące, a samo wspomnienie napawało mnie żalem. Poczułam, jak łapiesz moją dłoń i pociągasz do siebie.

— Tak bardzo tęskniłem — wyszeptałeś, gdzieś nad moją głową.

— Powiedziałam Lee Yoo Hyun.

Nie mogłam zauważyć twojej miny, lecz na wspomnienie o byłym managerze, spiąłeś się. Poczułam to w twoich ramionach, z latami treningu rozrosły się, lecz jak zawsze dawały poczucie komfortu.

— Stwierdził, że to mogłoby wam przeszkodzić.

— A to chuj — wyszeptałeś.

— Nie mogłam zdeptać twojego marzenia — ciągnęłam dalej. — Yoohyun proponował, abym dokonała aborcji…

— Skurwysyn.

— Nie mogłam… — zasiorpałam nosem, wtulając się w ciebie mocniej, pamiętasz? — Gdy miałam zgłosić się do lekarza… Uciekłam. Wsiadłam w pierwszy autobus i wylądowałam w Ilsan.

Każde z wypowiedzianych słów, sprawiało mi ból. Bardzo ciężko rozmawia się o przeszłości, szczególnie tej, która jest naznaczona poczuciem pustki, wewnętrznego rozdarcia i cierpienia.

— Babcia Naeyon pomogła mi, kiedy wysiadałam. Dała schronienie, pracę i poczucie, że mam rodzinę.

— Miałaś mnie — powiedziałeś, całując moją głowę. — Zawsze byłem twój.

Zamknęłam oczy. Tak bardzo chciałam ci wierzyć. Tak bardzo ponownie zaufać i obdarować uczuciem, które nigdy nie znikło z serca. Bo byłeś tym jedynym.

— Nasz związek był burzliwy — mówiłeś dalej. — Jednak zawsze wiedziałem, co masz na myśli. Ty znałaś mnie na wylot. Nie musieliśmy nic mówić. Czasami patrzyłem w niebo i rozmyślałem. Pytałem, czemu nam się nie udało? Dlaczego odeszłaś? Namjoon często powtarzał, że gdzie jest miłość, tam jest też ból, rozczarowanie i gniew.

— Nie można z nim się nie zgodzić.

— Nie znam mądrzejszej osoby od niego.

Uniosłam kąciki ust. Przypomniałam sobie powrót Namjoona i jego minę na parkingu. Westchnęłam.

— Widziałaś się z nim? — zapytałeś, a ja pokiwałam głową. — Wiedziałem, że coś jest na rzeczy. Jednak nie chciał mi powiedzieć i udawał, że wszystko jest ok.

—  Spotkaliśmy się przypadkiem. Widział Jima.

— Dlaczego mi nie powiedział?

— Prosiłam, by ci nie mówił… — popatrzyłam na twoją twarz. Brązowe oczy mieniły się, zaszklone od łez. Zawsze byłeś sentymentalny. — Namjoon nie jest osobą, która zdradza czyjeś tajemnice.

— To prawda.

Poczułam, jak mocniej mnie tulisz i całujesz głowę. Pragnęłam tego od dawna, od jebanych czternastu lat. A potem powiedziałeś coś, co na zawsze odmieniło nasze życie.

Park był opustoszały, a każda z ławek mokra i samotna. Pędziliśmy w znanym nam kierunku i się zatrzymaliśmy.

— Jim! — krzyknęłam, pędząc do syna.

Nastolatek siedział pod drzewem Bonsai i trząsł się z zimna. Rękami objął kolana i przyciągnął je pod brodę. Jego twarz była mokra, a oczy przekrwione od łez.

— Kochanie! — rzuciłam się na chłopca i przytuliłam go do siebie.

— Mamo… — odpowiedział, wtulając się.

— Tak się bałam.

Czułam, że wszystko w końcu jest tak, jak być powinno. Trzymałam naszego syna w objęciach, tuliłam jego głowę do siebie. 

— Przepraszam mamo — wyszeptał.

— Nie kochanie — przerwałam. — To ja przepraszam. Przepraszam za wszystko.




Od K: Ostatni rozdział Jima. Jak Wam się podoba? Pozostał tylko epilog i kończę tą historię. Na podsumowanie poczekam w ostatnim opublikowanym poście tego opowiadania.

30 lipca 2023

Jim [ 6 ]


 

PRZESZŁOŚĆ

Patrzyłam to na Jima, to na twoją twarz. Myślałam, że zaraz zemdleje. Głowa zaczęła mnie boleć, a ręce drżeć. Nie przypuszczałam, że cię tu spotkam, a tym bardziej że zdążyłeś poznać naszego syna. Cholera, to wszystko nie powinno się wydarzyć.

Jim coraz bardziej wywierał na mnie nacisk, swoim spojrzeniem i żywymi ruchami.

— Mamo?

Nie potrafiłam mu nic odpowiedzieć. Nie teraz. Nie w tamtym momencie.

— Nayeon? — zawołałam do idącej w naszym kierunku przyjaciółki.

— Tak? — odpowiedziała, przystając obok. Popatrzyła na ciebie, a potem rozszerzyła oczy, jakby nie dowierzając.

— Możesz wziąć Jima i się nim przez chwilę zaopiekować?

Widziałam twarz syna, który chciał zaprotestować. Nawet tupnął nogą i próbował się odwrócić, aby tylko Nayeon odeszła. Miał to po tobie, nie potrafił odpuszczać.

— Mamo!

Łamało mi się serce. Wtedy i teraz. Jednak nie mogłam pozwolić, aby nasz syn dowiedział się o wszystkim, szczególnie w takim momencie i otoczeniu.

Chłopiec nie chciał się poddać, lecz po chwili poszedł za Nayeon i mogliśmy pozostać sami.

Popatrzyłam na ciebie. Miałeś powagę na twarzy, a brązowe tęczówki przepełniała jakaś odmiana niepewności, połączona ze zdenerwowaniem, przechodząca w oczekiwanie na to, co zamierzam powiedzieć.

W tamtym momencie zapomniałabym o wszystkim, gdybym tylko mogła. Lecz twoje spojrzenie powodowało, że poczułam ciarki.

— Masz mi coś do powiedzenia? — przerwałeś ciszę, która między nami nastała.

— Nie mogłam… — wyszeptałam, czując, że zaraz zemdleję.

Patrzyłam, jak zakładasz ręce na krzyż. Kręciłeś głową w niedowierzaniu. Przygryzłeś wargę i zamknąłeś oczy.

— Jungmi.

— Możemy wyjść na zewnątrz?

Skinąłeś głową na znak akceptacji. Postanowiliśmy udać się na dość duży taras. Z tego miejsca rozciągnął się widok na jezioro. Mogłoby nawet być bajecznie, gdyby nie sytuacja, w której się znaleźliśmy. Choć pamiętasz nasze pierwsze spotkania? Na plaży w Busan. Mieliśmy swoją ławkę, z której udało się dostrzec, jak odpływają z portu statki.

Powróciłam do rzeczywistości, coraz bardziej się denerwując. Jak mam ci powiedzieć? Jak zareagujesz?

— Jungmi? — rzekłeś, opierając się o marmurową barierkę.

Zamknęłam oczy i przetarłam palcami powieki. Jęknęłam delikatnie, czując napływające łzy. Bo jak mogę znieść ten powrót i zrujnowanie życia, jakie sobie przez lata wytworzyłam?

— Nie mogłam ci powiedzieć — wyszeptałam, dość głośno, abyś usłyszał, za cicho by inni wiedzieli.

— Powinnaś.

W twoim głosie nie czułam irytacji, ani złości. Pierwsze co zanotowałam to żal i rozczarowanie.

— Mieliście debiutować…

— Myślisz, że wtedy było to najważniejsze?

Otworzyłam oczy, gdy poczułam ruch powietrza. Odszedłeś na kilka metrów, by wziąć głębokie powietrze i krzyknąć coś w eter. Nie potrafiłam zrozumieć, co przechodziłeś w tym momencie.

— Byłaś dla mnie najważniejsza — rzuciłeś przez ramię. — Jedyną motywacją, dla której chciałem zostać artystą. Pragnąłem zapewnić nam wszystko. Byś była ze mnie dumna.

— Nie mogłam…

— Kurwa! — podniosłeś głos. — Jungmi! Kochałem cię!

Przygryzłam wargę. Czułam, spływające po policzku łzy.

— Kiedy znikłaś… — urwałeś, chcąc się zastanowić, co dalej powiedzieć. Twój ton łamał mi serce. — Myślałem… Nie… Byłem pewny, że cię zawiodłem. Nie mogłem pojąć, dlaczego cię przy mnie nie ma? Patrząc na twarze innych, starałem się odnaleźć w nich ciebie.

Słuchałam czegoś, co złamało mnie. Kilka prawd, które wbijałeś niczym szpilki. Bo nie tylko u mnie było ciężko. Ty cierpiałeś dwukrotnie.

— Występując, musiałem udawać, że wszystko jest dobrze. Uśmiechałem się sztucznie, a w głowie miałem tylko twoją osobę. Milion pytań i niewypowiedzianych słów. Egzystencjonowałem, lecz w środku byłem martwy.

Każde twoje słowo sprawiało, że czułam wewnątrz ból. Nie chciałam ponownie tego przeżywać — rozstania, niespełnionych obietnic i rozgoryczenia. Podszedłeś i poczułam, jak opuszkiem wycierasz łzę spływającą po moim policzku. Była to pieszczota, na którą oczekiwałam całe czternaście lat.

Przez moment starałam dojść do siebie, uspokoić się i złapać powietrze.

— Dlaczego Jim wygląda jak mała wersja mnie? — zapytałeś, a wtedy czar prysł. — Dlaczego nie powiedziałaś, że jesteś w ciąży?

— Mówiłam, że mieliście…

— Jungmi!

Zmieniłeś swoje nastawienie. Już nie byłeś czuły. Zaczęłam zauważać, że pierwszy raz w tej rozmowie tracisz kontrolę. Ponownie przypomniałam sobie nasze kłótnie. W Busan i Seulu. W waszym dormie i w parku. Wieczorem na Hongdae.

— Nie mogłam ci powiedzieć.

— To jest mój syn! — krzyknąłeś. — A ty go perfidnie przede mną ukrywałaś!

Nim zdążyłam się odezwać, w progu tarasu usłyszałam znajomy głos, a potem zauważyłam Jima.

— Nigdy ci tego nie wybaczę! — krzyknął. — Nienawidzę cię!

— Kochanie — wyszeptałam, chcąc jakoś go uspokoić.

— Dobrze wiesz, ile razy chciałem poznać ojca! A ty ukrywałaś, że jest członkiem BTS! Nienawidzę cię!

Nie zdążyłam nic powiedzieć, bo Jim wybiegł z sali. Patrzyłam, jak ruszasz za nim, a do uszu dotarło twoje polecenie:

— Jungmi cholera! Biegnij ze mną!




Od K: Powracam z Jimem. Zagadka powoli się rozwiązuję. Pozostał tylko siódmy rozdział i epilog moi Państwo. Więc do następnego! :)

5 lipca 2023

Jim [ 5 ]

 

TAEKWONDO 


Jim uwielbiał taekwondo. Praktycznie, gdy tylko je zobaczył. Nic dziwnego, w Korei to popularny sport, a nasz syn był dorastającym chłopcem. Nie chciał odstawać od reszty.

Wiem, że gdybyś go zobaczył… Z pewnością rozpierałaby cię duma. Tak jak mnie, za każdym razem.

Weszłam do salki i ukłoniłam się trenerowi. Nasz syn był już w szatni, lecz pan Lee wiele mi opowiedział. Pochwalił Jima i zdradził, że ma szanse zajść daleko. Jedynie potrzebuje naszego wsparcia.

Zauważyłam go po chwili. Wybiegł z szatni, a jego twarz ozdabiał szeroki uśmiech.

 — Mamo!  — zawołał  — Nie uwierzysz!

Popatrzyłam na syna, a później wyciągnęłam do niego dłoń. Chłopiec chwycił ją i pociągnął w swoją stronę

— Opowiesz mi w drodze do domu  — odpowiedziałam. 

 — No dobrze  — westchnął zrezygnowany Jim.

Patrzyłam na jego twarz, która była tak łudząco do ciebie podobna.

 — Może pójdziemy na lody?

Nie mogłam nie zrobić mu ten przyjemności. Zwłaszcza że miał dobre oceny, był bystry i utalentowany.

Całą drogę do lodziarni, Jim opowiadał co się dzisiaj działo. Chłopiec był niezwykle podniecony.

 — Nawet był Pan Bonsai!  — zapiszczał radośnie.

Znieruchomiałam. Popatrzyłam na naszego syna i zamrugałam oczami. Kolejny raz pojawił się nieznajomy facet i zaczął z nim rozmawiać.

— Naprawdę? 

Byłam trochę zaskoczona i przez ułamek sekundy zaczęłam myśleć, czy mężczyzna nie śledzi naszego dziecka?

 — Pokazał mi kilka cennych trików — dodał radośnie. — Na pewno byś go polubiła mamo.

Podniosłam kącik ust do góry i zaparkowałam przed lokalem. Wyszliśmy z samochodu, a Jim ciągle mówił o nieznajomym.

 — Obok w sali miała próbę grupa muzyków  — powiedział.  — Gdybyś ich zobaczyła! Byli czadowi!. Wyglądali bardzo znajomo.

 — Pewnie zapamiętałeś ich z telewizji.

Wyszliśmy z samochodu i skierowaliśmy w stronę cukierni. Była ona najlepsza w całym mieście. Nawet w Seulu nie jadłam tak dobrych lodów. 

Zamówiliśmy swoje porcie. Jim wybrał truskawkowe — twoje ulubione. Najwidoczniej w tym też byliście identyczni. Ja postawiłam na klasykę i smak wanilii.

Po posiłku wróciliśmy do domu, a syn ciągle fundował mi jakieś informacje o Panu Bonsai. Był nim zachwycony i przez moment zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem Jim nie wyobraził sobie za dużo. A może nie istnieje taki mężczyzna? Może to tylko wytwór jego wyobraźni. W końcu nasz syn nie miał nikogo prócz mnie.

Jim odłożył torbę i skierował się do pokoju. Musiał odrobić lekcję, a ja nastawiłam pranie. Wieczorem obejrzeliśmy jakiś film, a potem chłopiec zasnął na kanapie. Wzięłam go na ręce i zaniosłam do pokoju. Był taki ciężki.

Lecz poczułam nutkę nostalgii. Kiedy pierwszy raz chwyciłam go w objęcia. Gdy nic innego się nie liczyło. Tylko nasz syn. Malutki. Noworodek. Spokojny.

Kładąc go w pościeli, przejechałam opuszkiem po jego twarzy. Miał twoje rysy i pyzate policzki. Wyglądaliście jak dwie krople wody. Zanotowałam to szczególnie, gdy Jim pogrążony był w śnie.

A potem zamknęłam drzwi pokoju i udałam się do łazienki.

Wzięłam odprężający prysznic. Przez dłuższą chwilę myślałam o wszystkim. Nieproszone wspomnienia wtargnęły wraz z gorącą wodą. Zamknęłam oczy, widząc twoją twarz. Tak bardzo chciałam, abyś tu w końcu z nami był.

Pamiętałam nasze kąpiele. Gdy przytulona do twojej klatki piersiowej słyszałam twoje bicie serca. Kiedy namoczoną gąbką delikatnie pocierać moje ramiona. Pamiętałam kuszący zapach mandarynki, twoje zwinne palce, pieszczące mój wzgórek łonowy. Gorące pocałunki, obdarowujące kark i łopatki. Nagi obojczyk.

Wróciłam ze wspomnień, gdy ciepła woda się skończyła. Szybko spłukałam aromatyczny żel i odżywkę. A po skończonej pielęgnacji, w końcu pojawiłam się w łóżku.

Od razu zasnęłam.



Dzień eventu zbliżał się wielkimi krokami. Razem z Nayeon wykonałyśmy kawał solidnej i dobrej roboty. Sala wyglądała przepięknie.

Stoły ozdabiały lilie i hortensje. Było klimatycznie i dość przytulnie. Tak jak zakładali organizatorzy. Dostaliśmy także kilka słów pochwał. Odpowiadałam uśmiechem i kiwałam głową.

Musiałam jeszcze przystroić parę filarów i scenę, na której mieli zasiąść głowni goście. Wzięłam drabinę i postawiłam na podeście. Choć wcześniej bałam się wysokości, musiałam się do niej przyzwyczaić. Wzięłam do ręki przygotowany bukiet i przyłożyłam do banera.

— Co o tym sądzisz? —  zapytałam przyjaciółki, schodząc z drabiny.

— Jest idealnie — usłyszałam ten głos.

Twój. Idealny. Zachrypnięty. Głęboki. Sprawiający, że grunt usuwał mi się spod nóg.

Nigdy przez myśl nie przeszłoby mi, że tutaj cię spotkam. Stojącego naprzeciw. Chwalący moja prace.

— Zawsze miałaś rękę do kwiatów — zbliżyłeś się, a ja czułam, że muszę się odwrócić i uciec.

Popatrzyłam po sali. Nie miałam siły, ochoty ani chęci tłumaczenia się. Z tych całych jebanych lat. Bez ciebie. Bez twoich ramion. Bez czułych gestów i bez spierzchniętych ust.

— Mamo! — usłyszałam głos syna i Jim do nas podszedł. Pamiętasz?

— Kochanie, chodźmy poszukać cioci — odpowiedziałam, chcąc chwycić jego dłoń.

— Mamo! Mamo! — Jim pociągnął mnie w twoją stronę. — To jest właśnie Pan Bonsai.

Nie wiedziałam, jak w obecnej chwili wyglądała moja twarz. Nie potrafiłam nic powiedzieć. Byłam jedynie pewna, że to wszystko brzmi jak z jebanej bajki. Sądząc po twojej mimice, uśmiechu Jima i wiadomości, to wręcz było pewne.

— Jungmi — zacząłeś lekko zdziwiony. — Możesz mi powiedzieć, co to wszystko oznacza?




Od K: Długo nas nie było. Jednak czerwiec był dość intensywny i skłamałabym, że w moim przypadku brak jakiejkolwiek waszej reakcji nie jest demotywujący. Od kilku dni jestem aktywna bardziej na wattpadzie, niż bloggerze. Dlatego proszę, okażcie, że jeszcze jesteście a blogspot nie wymarł! <3

26 maja 2023

Jim [ 4 ]

 


DRZEWKO BONSAI


Praca szła mi dość szybko. Ponieważ wiedziałam, że złość Jima przeszła, a raczej miałam taką nadzieję. Jednak jego uścisk pozwolił na chwilę odpocząć od twojego tematu.

Palcami wyciągałam kwiaty z wazonu, który postawiony był na witrynie sklepu. Znajdowały się w nim czerwone róże, równo przycięte. Były piękne, krwiste, idealne. Posiadały też ciernie, które potrafiły ranić, gdy się nie będzie uważać.

Zamówienie pozostawione przez Nayeon było dość obszerne, ale proste w ułożeniu. Dwadzieścia osiem róż. Czerwonych.

Kobieta, która dostanie ten bukiet będzie największą szczęściarą na ziemi. Ponieważ bez wątpienia były symbolem miłości.

Gorącej. Namiętnej.

Usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi, a w progu kwiaciarni dostrzegłam Jima. Był szczęśliwy, a uśmiech nie schodził z jego twarzy.

— Już wróciłeś? — zapytałam.

— Minęło dość sporo czasu, mamo — odpowiedział podchodząc bliżej.

— To teraz umyj ręce i na zapleczu możesz zacząć odrabiać lekcje.

Obserwowałam jak nasz syn kieruje się do łazienki, nucąc pod nosem jakąś melodie. Był w iście cudownym humorze.

Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego?

— Drzewka bonsai są super — powiedział biorąc do ręki ramię tornistra.

— Też tak uważam.

— Pewien pan powiedział, że są symbolem długowieczności.

— Pewien pan? — uniosłam brew. O kogo mogło mu chodzić?

— Siedział na ławce w parku — zaczął Jim, siadając przy biurku.

Widziałam jak przesuwa tasiemki ozdobne i papier na półkę.

— Opowiadał mi o tych drzewkach.

— Mówiłam ci, żebyś nie rozmawiał z nieznajomymi.

Przygryzłam wargę i odłożyłam bukiet. Zastanawiałam się, czy Jim jest już na tyle dorosły, aby uważać na siebie? A w razie zagrożenia uciec?

— Ale ten pan wyglądał znajomo — stwierdził syn. — Poza tym ciągle się uśmiechał. Był pogodny i miał dużą wiedzę.

Pokiwałam głową na znak akceptacji. Choć obawiałam się  naszego syna, wiedziałam, że jest na tyle odpowiedzialny, że nie rozmawiałby z byle kim.

— Cieszę się  — podsumowałam. — A teraz skup się na lekcjach.



Jim odrabiał lekcje, a ja znów zajęłam się różami. Było to ostatnie zamówienie na dzisiaj. Klient miał po nie przyjść o szóstej. Do tej godziny pozostało dziesięć minut.

Wzięłam ozdobny papier, pasującą, srebrną tasiemkę i ozdobiłam bukiet. Popatrzyłam jeszcze z kilku stron na swoje dzieło, poprawiłam w niektórym miejscu i specjalnie jeszcze raz podcięłam całość.

— Ładnie wygląda, mamo — powiedział Jim, patrząc w moją stronę.

— Tak uważasz?

— Tworzysz najładniejsze bukiety na świecie.

Cieszyłam się, że syn uznaje moją pracę. W sumie dla każdej matki to jest powód do dumy. A moim powodem do dumy był nasz syn — Jim, trzynastolatek z anielskim uśmiechem, łagodnymi oczami, dołeczkami w policzkach.

Usłyszałam ponownie głos otwieranych drzwi. W progu kwiaciarni stał mężczyzna, miał na oko pięćdziesiąt lat, spokojne rysy twarzy i uśmiech.

— Pan Lee Hyun?

Pokiwał głową i podszedł bliżej. Przyglądał się mojej twarzy, później wzrok skierował na Jima. Uśmiechnął się ponownie, tym raz szeroko, a później spojrzał na bukiet, który trzymałam w ręce.

— To chyba moje zamówienie — powiedział.

Jego głos był spokojny, łagodny i dość niski. Miał chrypkę.

— Tak — odpowiedziałam. — Ma pan pokwitowanie?

— Dostałem od właściciela.

Pan Hyun skierował dłoń do marynarki i wyciągnął odpowiedni blankiet.

— To tak naprawdę jego zamówienie.

— Czemu nie przyszedł więc osobiście?

— Coś mu wypadło — westchnął. — Poprosił, abym odebrał.

Nie miałam powodu nie ufać mężczyźnie. Oddałam mu bukiet, przyjmując dowód zapłaty. Był na nim numer zamówienia i wiedziałam, że wydałam je odpowiedniej osobie.

— Myślę, że mu się spodoba — rzucił na odchodne. — Bardzo dziękuję.

— Na pewno się spodoba!

Jim się wyrwał, podchodząc do nas bliżej.

— Chyba tak.

— Mam robi najlepsze bukiety!

Pan Lee ukłonił się nisko i puścił oczko do Jima. Następnie opuścił nasz lokal i wsiadł do czarnego samochodu. A potem odjechał, zapewne do przyjaciela.



Następnego dnia nic się nie wydarzyło. No chyba, że licząc mały armagedon w kwiaciarni. Razem z Nayeon uwijałyśmy się jak w okopie, aby zdążyć ze wszystkim na szas. Zamawiająca firma chciała poszerzyć usługę, więc udało się pozyskać dodatkowe dwa dni.

— To naprawdę duże zamówienie — powiedziała przyjaciółka, ocierając pot z czoła.

— Chyba większego jeszcze nie miałyśmy — odpowiedziałam.

Upiłam łyk kawy z filiżanki i znowu zaczęłam łączyć odpowiednie odmiany tulipanów, lili i gerberów.

— Lecz, gdy to wszystko się uda… — wtrąciłam.

— Będziemy bogate — zakończyła Nayeon.

Nie mogłyśmy udawać, że nas to nie cieszyło. Większe zarobki i możliwość rozbudowania kwiaciarni.

Jim przychodził po szkole, biegł oglądać drzewka, a potem odrabiał lekcje. Nie mogłam mu zabronić, bo wiedziałam, jak cieszy się na ten moment dnia.

Niejednokrotnie powtórzył, że dzisiaj też spotkał “Pana Bonsai” jak nazywał mężczyznę.

— Co się stało? — zapytała Nayeon, gdy kończyłam swoje kolejne zamówienie na wiązankę.

— Martwi mnie ten cały “Pan Bonsai” — odpowiadałam.

Przyjaciółka popatrzyła na moją twarz, wzięła za ręce i spokojnie powiedziała coś, co sprawiło, że uwierzyłam jej.

— Dlaczego?

— Jim cały czas o nim rozmawia — westchnęłam.

— Zobaczysz, wszystko będzie dobrze.

— Ale skąd mam pewność?

— To porządny człowiek.

— Wiesz to?

— Bo zna się na roślinach.

Uśmiałyśmy się. No tak, cała Nayeon.

 — Każdy, kto umie docenić te drzewka, nie jest złym człowiekiem.

— Tak mówi ci serce?

Nayeon pokiwała głową. Musiałam jej zaufać. W końcu nie miałam podstawy, aby oskarżać jakiegoś człowieka o złe intencje. Zwłaszcza, że tylko rozmawiał z Jimem. A nasz syn go uwielbiał.




Od K: Nie miałam tak naprawdę siły coś publikować. Ostatnio dochodzę do wniosku, że blogger wymiera. I z tego powodu jest mi po prostu żal. Ale razem z Talon będziemy tutaj, spokojnie. W końcu mamy tyle jeszcze planów! A poza tym Jim na dzień mamy tak bardzo pasuje. Wszystkiego najlepszego dla wszystkich mam <3